> ZMP oczami świadka

ZMP oczami świadka

Zimowy Maraton Pieszy – styczeń’2007

W Pacanowie kozy kują,

Więc Koziołek, mądra głowa

Błąka się po całym świecie, żeby dojść do Pacanowa .

Właśnie nową zaczął podróż, by ją skończyć w Pacanowie

Skręcił w prawo, skręcił w lewo, zgubił drogę, problem miewa

Dzisiaj miły nasz Koziołek, biega wokół Dobiegniewa

Melduję się dzień wcześniej, korzystam z niepowtarzalnej okazji by odwiedzić starych, dobrych znajomych mieszkających w miasteczku nieopodal miejsca startu. Chłopaków z Adventury; Igora, Bonczka, Marcina, Koparki i Pawła jeszcze tutaj nie ma. Pojawił się za to Cyryl. Cyryl, Kirył, jak go zwał, tak zwał. Fakt faktem, że miał huczne wejście. Teraz miota się, szaleje, kręci się w kółko – jakby przedrzeźniał moje reisefieber przed jutrzejszym startem. Tyle, że jakbym miał tyle pary, co on teraz, to bym sobie w cuglach te zawody wygrał. Jest późny wieczór, próbuję się czymś zająć, czytam Sapkowskiego. Rozprasza mnie hałas dobiegający zza okna. Podmuchy wiatru o nieprawdopodobnej sile miotają na prawo i lewo niewielką szklarenką stojącą na sąsiedniej posesji. Staję w oknie i jak zahipnotyzowany patrzę na płachty folii tańczące w upiornym chocholim tańcu. Rano w tym samym miejscu pozostaną jedynie kawały pogiętych prętów, trochę połamanych desek, resztki folii i szkła. Cyryl już wystartował. Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej.

Wiesio Rusak – organizator zawodów – jak zwykle tryska optymizmem i dobrym humorem.

Zawodnicy dopisali; siedemdziesiąt przeszło sztuk, a wśród nich nietrudno odnaleźć znane w środowisku nazwiska. Punkty na trasie rozstawione, mapy rozdane, zupa już grzeje się na przepaku w połowie trasy.

– Jeśli będziecie mieli jakikolwiek problem podczas zawodów, to dzwońcie do mnie jak w dym! – proponuje Rusak.

– Numer telefonu macie wydrukowany na kartach startowych. Problem w tym, że w nocy padły przekaźniki telefonii komórkowej mojego operatora i ja jestem tutaj poza zasięgiem. Wśród zebranych w auli kandydatów na czempionów wybucha gromki, choć krótki i dość nerwowy śmiech.

-W razie czego kontaktujcie się z Anią, moją asystentką – dodaje po chwili namysłu i nie bez wahania nasz dzielny organizator. Na odzew zebranych na odprawie nie trzeba długo czekać. Znowu salwa śmiechu, później nerwowa cisza. A z tej grobowej ciszy, wybija się pojedynczy, dźwięczny i ładnie modulowany kobiecy głos:

-Mam komórkę w tej samej sieci!

Z bazy zawodów do linii startu nasz tłumek musi przebyć kilkaset metrów. Dokładnie tyle, żeby moi kompani zdążyli rozwinąć skrzydła.

– Jak myślicie, czy powiedzenie, że babka ma ślicznie świecącą się laskę będzie dużym nietaktem? – pyta Igor wskazując na miarowo dyndającego z prawa na lewo, przyczepionego do plecaka idącej przed nami Czeszki glowsticka.

Wszyscy poza czeską zawodniczką rechoczemy rubasznie.

– A ty Kiełbaska, co tam za zbiorniki cylindryczne przymocowałeś? Nie daje za wygraną nasz lider. Faktycznie, poza camelbagiem mam przytroczone do plecaka dwa duże bidony. Z pewnym takim zażenowaniem porównuję mojego trzydziestolitrowego salomonowego Raida wraz z nieszczęsnymi bidonami po 0,75 litra z przodu, kijkami treckingowymi z tyłu, do plecaków moich przyjaciół. Te mają pojemności absolutnie wystarczające na pomieszczenie paczki chusteczek higienicznych i dwóch batonów czekoladopodobnych.

– Wiem, wiem! – podsuwa rozradowany Bonczek

– Pamiętacie te filmy o Strusiu Pędziwiatrze i Kojocie? Kojot też miał takie zbiorniki-rakiety. Kiełbaska je po prostu w odpowiednim momencie odpali.

Wszyscy poza mną rechoczą rubasznie. Ja w tym czasie usiłuję sobie przypomnieć jak zwykł był kończyć Kojot po odpaleniu tych swoich przyspieszaczy…

A tak swoją drogą to, po jakiego grzyba zabrali plecaki? Dla głupich chusteczek higienicznych?

Teraz Bonczek przejmuje inicjatywę

– No, przygotujcie się na 20 godzin zwierania pośladków. I napierać mi proszę, bo po tym czasie zwieracze puszczą.

– Nie zalewaj! Mówi Paweł, brat naszego tura Roberta, w gronie znajomych zwanego potocznie „Koparką” (zgadnijcie dlaczego).

– Ja tam stawiam na 10 godzin! Paweł jest miejscowym leśnikiem i bratem swojego brata jak już zapewne wiecie. Zna tu niemal wszystkie ścieżki – jak już się domyślacie. Nie wiecie za to, że w tego typu zawodach startuje po raz pierwszy. W powieściach Jacka Londona takiego jak on, stare wygi (jak my) nazywałyby z indiańska „chichaquo” – znaczy się frajer żółtodziób. Spoglądamy na Pawełka z mieszaniną niedowierzania i podziwu. Niedowierzania, że ktoś może być takim optymistą, podziwu, że ten ktoś to jeden z naszych!

Nooo, to jak do nas dotarło, co ten nasz chichaquo powiedział – raz jeszcze, wszyscy rechoczemy rubasznie. Do łez rechoczemy.

Może to się nazywać jak chce: Zimowy Maraton Pieszy, Zimowe Mistrzostwa Polski, a ja już wiem, że to Zaskakująco Monstrualne Przeszkody. Wszystko za sprawką Cyryla. Nie ma drogi, nie ma ścieżki, ba, nie ma nawet przecinki, na której co kilkadziesiąt metrów nie leżałoby powalone drzewo. Płotki są różne. Od takich na pół metra wysokich, do gigantów, których jedynym sposobem ominięcia jest obejście dookoła. I tak raz za razem, godzina po godzinie, świerk po świerku, sosna po sośnie. Cyryl wyrypał jakieś kilkanaście procent drzewostanu. Poza zwalonymi konarami wszędzie sterczą kikuty. Jak zapałki olbrzymy, ciemne, nierzadko metrowej średnicy pnie kończą się nagle jakieś dwa metry nad ziemią pióropuszem gigantycznych drzazg, bielejących niczym odarte z mięsa szkielety mistycznych leśnych stworów. Rozglądam się za „dalszym ciągiem” przełamanych wpół drzew. Niektóre leżą u stóp kikutów, inne dopiero dwadzieścia-trzydzieści metrów dalej. Gdyby zawody rozpoczęły się dzień wcześniej, wszyscy zawodnicy, którzy dotarliby do mety mieliby zagwarantowane miejsce na pudle. W tym lesie wystarczyłoby, pod gradem padających jak pociski drzew, po prostu przeżyć.

Czterech Polaków, dwoje Czechów i ja Kiełbasa. Zabawna sytuacja. Od dłuższego czasu idę z tą niewielką grupą. A właściwie spotykam się. Bo to jest tak. Oni idą razem, a ja się co jakiś czas do nich dołączam. Później po kilkunastu, kilkudziesięciu minutach, oni wariant w lewo, ja wariant w prawo. Jeszcze później (kolejne pół godziny samotności długodystansowca) i spotykamy się na punkcie kontrolnym. I tak panie dzieju już ze sześć razy. Ani oni, ani ja nie uzyskujemy znaczącej przewagi. Tedy radość trzeba czerpać z drobnostek. Zabawa: kto kogo na ile sekund, lepsza niż nic, bo na bezrybiu… Z daleka widzę ich telepiące się w ciemnościach świetliki czołówek. Tym razem wygrali jakieś dwadzieścia sekund. Poprzednim razem ja około pół minuty. No to póki co jestem do przodu. Teraz uprzejmościom nie ma końca.

– Cześć! Witamy naszego kolegę! Jak wariancik? Spoglądają na mnie z politowaniem.

– Woda głęboka była?

Cwaniaki wybrali wariant bezpieczny, po mostkach, ja przez rzekę wpław. No nie takie tam wpław. Woda, co prawda głęboka, ale drzewa zwalone były, że tylko zamoczyć kostki czy najwyżej łydki. Sęk w tym, że pnie śliskie jak cholera, a ja wywrotny jestem. Do szczęścia brakowało niewiele – jakieś półtora z siedmiu pokonanych z duszą na ramieniu metrów.

Jednego z tych gości muszę znać. Pamiętacie taką scenę z Seksmisji?: „Ja ją już gdzieś widziałem”!.

W tym wypadku w tej ciemnej, deszczowej i wietrznej nocy, ja już kiedyś ten głos słyszałem.

– Trzmielu, w którą teraz? – pada pytanie jednego z kompanów

Znaczy się, że niby co?! Jak to „Trzmielu”?

– Roman to ty? – pytam niczym nieśmiała panienka po zgaszeniu lampki

– A co ty Michał, dopiero teraz?! Dziwi się posiadacz imienia – Romek Trzmielewski – organizator wielu imprez rajdowych, w których brałem udział. Nie do wiary jak może się zmienić człowiek, kiedy zdejmie okulary i ogoli wąsy, w których to okularach i wąsach się go zawsze widywało. Muszę to zapamiętać jak już mi kiedyś przyjdzie spieprzać z tego raju na ziemi zwanego Piątą Pospolitą, czy jakoś tak. A może to nie Romek się tak zmienił tylko w końcu przyszedł mój stary kumpel, na którego czekałem już od dobrej godziny. Brat Ramzesa – Kryzys.

Z pośród dziesiątków rajdów jest kilka obrazów, których nigdy nie zapomnę. Jest niemal dwumetrowa fala na gnanym wiatrami Loch Ness w Szkocji, nieprzebyte bagna upstrzone bobrowymi żeremiami na Łotwie, pustynne wyspy porośnięte skalnymi sztyletami w Chorwacji. Nie przyszło mi do głowy, że jeden z tych obrazów zapadnie głęboko w pamięci tu, podczas niepozornego marszu po Pojezierzu Drawieńskim. Idę na przepak, na dziesiąty punkt trasy. Rozum podpowiada trzymać się drogi, która do celu wiedzie po sporym łuku. Ja wybieram (szkoła mojego nauczyciela Remika) jedyny możliwy wariant łączący punkty A i B – prostą. Jeszcze chwila i z lasu wyjdę na kilkukilometrową połać pól. Jest dwudziesty stycznia roku pańskiego 2007. Las się kończy, ja zamiast napierać staję jak wryty. Po horyzont ciągną się pola. Soczysty, świeżo zielony dywan. Stawiam kroki pośród traw. Źdźbła mają po 7-9 cm długości. Jak okiem sięgnąć wschodzi zboże. Pojęcia nie mam jakie, ale nie to jest najważniejsze. Ten widok i zapach wiosny jest tak surrealistycznie sugestywny, że daję się niemal oszukać. Nie ja jeden. Co kilkaset metrów, na tych polnych uprawach rozsiane, niczym brązowo-rude gigantyczne krowie placki, pasą się stada saren. Jedno, drugie, piąte, szóste. W każdym stadzie kilka sztuk. I nurzają łby w tym zielonym dywanie wyraźnie uradowane, że post się absolutnie zakończył. Jakbym miał aparat fotograficzny i pstryknął kilka fotek, to byście posądzili mnie o kiczowaty fotomontaż z użyciem kolejnej wersji photoshopa. Wariant może nie był najszybszy, bo grunt grząski, stopy zapadały się w błocie po kostki, podbiegać się nie dało – trzeba było to przejść i zapomnieć. Widok – zawsze będę miał przed oczami.

No i stało się. Dwunasty punkt z czternastu. Szukam tej cholernej dwunastki już od godziny. Torfowisko i tablica „Użytek Ekologiczny” Kiedy ja już trzy takie tablice zaliczyłem! O dobrym miejscu mogę zapomnieć. Wiem co zrobię. Najpierw zjem kanapkę, potem zadzwonię do domu i wypłaczę się najbliższym. Jak się zaplątałem w tym nieużytym UŻYTKU do tej pory nie wiem. Miałem iść na północ mając torfowisko po lewej ręce. To doprowadziłoby mnie prościutko na tę parszywą dwunastkę. Sęk w tym, że po jakichś czterdziestu minutach zorientowałem się, że i owszem torfy mam po lewej stronie, ale idę na południe. A to znaczy, że jestem dokładnie po drugiej stronie tego skądinąd urokliwego miejsca. No to czterdzieści minut z powrotem, a później pomyślimy. W duchu obiecuje sobie, że na kompas będę spoglądać nie rzadziej niż co pół godziny. Wiadomo – Się ma, się używa.

Jaki jest największy koszmar adwenturowca? Zapewne każdy z was ma jakąś swoją definicję.

Moim murowanym kandydatem jest długa, niekończąca się asfaltowa prosta. Dołóżcie do tego fakt, że rzeczona prosta znajduje się na ostatnich kilkunastu kilometrach trasy i macie gwarantowany psychiatryk bez klamek (drzwi też nie ma i za nic nie da się uciec)! Dwanaście kilometrów drogi krajowej numer 22 wiodące na metę w Dobiegniewie. Never ending dwanaście kilometrów prostej poprowadzonej „pod linijkę” przez jakiegoś inżyniera sadystę!. Do całkowitego ześwirowania potrzebne są jeszcze dwa elementy: zmrok i jadące samochody. Jest zmrok. Są jadące samochody. Jedne pojawiają się z naprzeciwka, oślepiają „długimi” z odległości kilku kilometrów. To jest z najbliższego wzniesienia lub obniżenia terenu, zza których naprzemian wyłaniają się i chowają niczym nurkujące w czarnym oceanie nierealne stwory. Jest i drugi, znacznie gorszy gatunek. Te, które mijają cię od tyłu. Moment rozświetlenia okalających drogę lasów, a później dwa czerwone światełka, które zgasną w oddali. Nie gasną, k….a! Nie gasną! Minuta, dwie, trzy, a ty frajerze powoli uzmysławiasz sobie jak długa to prosta i jak długo przyjdzie ci nią człapać. Samochody poruszają się kilkadziesiąt kilometrów na godzinę. A ty?. Zaraz, zaraz. Z jaką to ja właściwie prędkością się poruszam? Spoglądam na zegarek. GPS musiał się zepsuć – trzy i pół kilometra na godzinę! Z lasu wychodzę na pole. W oddali (jeszcze pięć kilometrów) widać łunę rozświetlonego miasteczka – cel mojej wędrówki. Nagle z nikąd uderza wiatr. Dech by mi zaparło, gdybym jeszcze miał siłę oddychać. Do huraganowych podmuchów dołącza się siekący deszcz. Ściana deszczu! Wiadra deszczu, prosto z nieba.

– Na to cię tylko stać?! Na to tylko?! Drę się histerycznie zadzierając w górę łeb. Ale pytanie nie dotrze do adresata. Po zaledwie paru metrach zagubi się w wyjącym wietrze i stukocie milionów kropel bębniących po czarnym, twardym asfalcie.

– Już nigdy więcej – powtarzam sobie jak mantrę,

– Już nigdy więcej, to ostatni raz!

Myśli sobie nasz Koziołek:

Coś dla Ciebie Koziołeczku ta zabawa nie jest zdrowa

Lecz choć w krzyżu strasznie łupie, puchnie noga, boli głowa

To znów ruszysz Koziołeczku,

Po szerokim, wielkim Świecie

Szukać swego Pacanowa.

 

autor relacji: Michał Kiełbasiński

Powiązane newsy

  • Oh Eun-sun pierwszą zdobywczynią Korony Himalajów?Oh Eun-sun pierwszą zdobywczynią Korony Himalajów? W ostatni wtorek światowe media ogłosiły Koreankę Oh Eun-sun pierwszą kobiętą, której udało się zdobyć 14 najwyższych szczytów na Ziemi. Każdy z nich ma powyżej 8 tysięcy metrów wysokości i choć cztery z nich nie znajdują się w Himalajach, lecz w Karakorum zalicza się je również do Korony Himalajów. Wyczyn Koreanki […]
  • Surfingowy rekord świataSurfingowy rekord świata Gary Saavedra pobił za jednym zamachem dwa rekordy Guinessa. Pierwszy z nich to czas przez jaki pozostawał non stop w ślizgu na desce surfingowej, drugi to pokonany na niej dystans. Daje to odpowiednio 3 godziny 55 minut 2 sekundy i 41,3 mili (prawie 66,5 kilometrów). Wyczyn miał miejsce na Kanale Panamskim. Savadera […]
  • Nieme TTNieme TT W końcu roku pojawi się prawdopodobnie niezwykły dokument Marka Neale'a, reżysera filmu o MotoGP "Faster" z 2003 r., o wyścigach TT na wyspie Mann. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby wyścigi nie odbywały się maszynach z silnikami elektrycznymi. Początek zwiastuna filmu "Charge", który obejrzycie poniżej wydaje […]
  • Chirurdzy amatorzy ze wschoduChirurdzy amatorzy ze wschodu maj'2008 Zamberlan Adventure Trophy To ja tak tylko dla formalności post factum dodam, iż dwóch panów I-bojs, czyli Igor Błachut i Irek Waluga zwyciężyli w zawodach Zamberland Adventure Trophy w Wiśle. Reszta stoi jak stała. Znaczy w tekście poniższym stoi…Czytałem tekst kiedyś o gościu, którego znaleziono […]
  • Smythe przed Ankerem. Ponoć. Frank Smythe, a nie Conrad Anker miał w 1933 r. pierwszy dojrzeć ciało George'a Mallory'ego u podnóża Everestu. Zdaniem jego syna było to to samo miejsce, w którym Conrad Anker znalazł je w 1999 r. Dowodem na odkrycie ma być list, który Smythe, uczestnik wyprawy na najwyższą górę świata wysłał w 1930 r. wysłał […]
  • Slippery When WetSlippery When Wet "Ślisko gdy mokro" tak można przetłumaczyć tytuł najnowszego projektu ekipy  Shasta Boyz Productions. Do Internetu trafiły już dwa trailery nowego filmu o ekstremalnym kajakarstwie górskim. Trzymajcie się mocno, bo będzie naprawdę ostra jazda. Łącznie będzie można obejrzeć ich siedem, przy czym każda z nich będzie […]

Dodaj komentarz