> Tim nie żyje

Tim nie żyje

Tim Hetherington, którego film „Wojna Restrepo” mieliśmy zaszczyt pokazać w Polsce nie żyje. Wraz z 3 fotoreporterami pracował w oblężonej przez siły Kadafiego Misracie. Zginął od wybuchu granatu przeciwpancernego. Obrażenia pozostałych trzech dziennikarzy są ciężkie.

Z Timem mieliśmy okazję wielokrotnie rozmawiać podczas promocji filmu. Przysłał nam pierwszą mapę doliny Korengal, opowiadał o instalacji „Sleeping soldiers”, którą wystawiał w Moskwie, Londynie i Paryżu. Każdy mail i telefon nie pozostawał bez odpowiedzi. Gratulowaliśmy jemu i Sebastianowi Jungerowi kolejnych nagród, bardzo cieszył się z Grand Prix na Camerimage. Był zachwycony czołówką „Wojny Restrepo” w Gazecie Wyborczej. Miał przyjechać do Polski jesienią na zaproszenie 360 stopni i Instytutu Reportażu. Był otwartym i ciekawym człowiekiem. Będzie nam go brakowało.

Poniżej pełny tekst wywiadu jaki udzielił Pawłowi Goźlińskiemu z Gazety Wyborczej ze znamiennym otwarciem.

Paweł Goźliński: Po co ci to? Od dziesięciu lat jeździsz z wojny na wojnę jako wojenny fotoreporter.

Tim Hetherington: To mój zawód.

Dać się zabić?

– Policjant też musi kalkulować ryzyko – może zginąć na ulicy.

Jest jednak różnica między najbardziej nawet niebezpieczną dzielnicą jakiegoś miasta a wysuniętym posterunkiem w Afganistanie ostrzeliwanym codziennie przez talibów.

– Na samym końcu doliny Korengal w urządzonym po spartańsku posterunku Restrepo rzeczywiście byliśmy jak na czubku szpady. Dalej już nie było żadnych amerykańskich ani koalicyjnych oddziałów. Tam ciągle się kotłowało. Nasz rekord – a spędziliśmy z moim współpracownikiem, reporterem Sebastianem Jungerem w Korengal łącznie 10 miesięcy – to były cztery ataki w ciągu dnia. Ale zdarzyło się też, że Restrepo ostrzelano 13 razy. Nie chcę robić z siebie kowboja. Po prostu kiedy w 2007 roku zjawiliśmy się w dolinie Korengal, 70 procent amerykańskich bomb spadało właśnie tam. A straty Battle Company, do której zostaliśmy wcieleni, sięgały 25 procent – zliczając zabitych i rannych.

Więc jednak jesteś kowbojem.

– Powtarzam: jestem dokumentalistą. To moja praca. Jesteś na wojnie. Śmierć się przydarza. Mój pierwszy film „Liberia: An Uncivil War” powstał w 2003 roku. W Liberii było jeszcze niebezpieczniej. Trafiłem do oddziału rebeliantów, którzy próbowali obalić prezydenta Charlesa Taylora. Teraz ten zbrodniarz wojenny sądzony jest w Hadze. Przedzierałem się do stolicy kraju, Monrowii, wraz z setką uzbrojonych po zęby młodych ludzi. Żadne wojsko, tylko niezdyscyplinowana partyzantka. Nigdy nie wiesz, co im strzeli do głowy, w każdej chwili mogą się dobrać do ciebie. Byłem świadkiem znęcania się nad cywilami, rzezi. Każdy dom, który zdobyli, oznaczali graffiti. Podobnie było w Afganistanie.

Też graffiti?

– Zamiast nich tatuaże. W Battle Company był tatuażysta. Żołnierze mieli silną potrzebę oznaczenia swojej przynależności.

Do czego?

– Sam sobie odpowiedz. Albo zajrzyj do mojej nowej książki „Infidel”. Tytuł wziął się stąd, że jeden chłopak wytatuował sobie to słowo. Tłumaczył: – Tak tu na nas mówią – niewierni. W porządku, niech będzie, teraz i my będziemy się tak nazywać.

Plemienne zachowanie: weź przekleństwo, zmień je we własne imię, przestanie być groźne. Więc pluton żołnierzy to dla ciebie plemię?

– Pozwolisz, że nie odpowiem wprost.

Więc jak?

– Obraz wojny jest coraz bardziej zafałszowany. Ludzie myślą, że wojenna machina to przede wszystkim karabiny, helikoptery i rakiety – bo tak zwykle media pokazują konflikty, zwłaszcza prowadzone przez Amerykanów. Chcielibyśmy wojnę wysterylizować, odczłowieczyć, pokazać jako walkę maszyn – nawet jeśli tymi maszynami są żołnierze. Ale to nieprawda. Przepis na wojnę wciąż jest ten sam – weź niedużą grupę żołnierzy, mniej więcej rozmiaru plutonu, ćwicz ich razem, potem wrzuć w ekstremalne sytuacje, a będą ginąć albo zabijać za siebie nawzajem. Zawsze bardziej niż sama wojna interesowały mnie relacje między żołnierzami. To jest samo sedno machiny wojennej. Teraz już wiesz, o czym jest „Wojna Restrepo”. Mam wrażenie, że naszym filmem udało się wojnę na powrót uczłowieczyć. Pokazać, że to nie czołgi i helikoptery, ale młodzi ludzie gdzieś w górach giną i zabijają w naszym imieniu. Nawet jeśli nie zgadzamy się z samą ideą wojny, dobrze jest wiedzieć, co nimi kieruje, kiedy strzelają do innych ludzi.

Musieliście podejść do żołnierzy bardzo blisko. Trudno było?

– W amerykańskiej armii od dawna funkcjonuje system współpracy z mediami. Jako dziennikarz jesteś po prostu na stałe wcielony do konkretnego oddziału. Nie nosisz broni, nie musisz stać na warcie, ale poza tym obowiązki są te same. Ale myślę, że amerykańscy wojskowi oficjele nie mieli bladego pojęcia, jak głębokie będzie to nasze wcielenie. A sami żołnierze na początku oczywiście ci nie ufają.

Aż?

– W moim przypadku momentem zwrotnym był wypadek. W czasie akcji w górach osunąłem się z całym sprzętem w dół zbocza i złamałem nogę w kostce. Paskudne miejsce.

Kostka?

– Nie kostka, tylko nieosłonięty teren, łatwo było nas wystrzelać. Całe szczęście była noc. Ale dzień wcześniej w dolinie Korengal zginęli żołnierze. Nastroje były fatalne.
Jedynym sposobem, żeby się wydostać, była wspinaczka w górę zbocza. Albo wezwanie pomocy – bo żołnierze mieli obowiązek mnie ratować, gdybym sobie sam nie poradził, choć była to naprawdę niebezpieczna sytuacja i ktoś, wyciągając mnie stamtąd, mógłby zginąć. Cztery godziny wspinałem się po zboczu, dźwigając sprzęt. Potem zabrano mnie do bazy Bagram, miałem operację, została mi po niej w stopie metalowa płytka. To, że wróciłem do bazy o własnych siłach, sprawiło, że żołnierze nabrali do mnie szacunku.

Dziwili się, że chce się wam narażać?

– Trudno im było zrozumieć, że nie nosimy broni. No ale oni nie mieli za to kamery w ręku.

Porównujesz kamerę do broni?

– Dla żołnierzy kule, które padają wokół, są abstrakcyjne. Nie widzisz ich, ale i tak reagujesz na ostrzał. To są wyćwiczone odruchy. Skupiasz się na prawidłowej reakcji, a nie na własnych emocjach. Tak samo jest z filmowaniem. Nawet w czasie potyczek byłem skupiony na tym, jak dym komponuje się w kadrze. Kamera była moją bronią, pomagała się skupić na robocie, a nie na tym, że do ciebie strzelają.

Nie wierzę, że się nie bałeś.

– W takim momencie nie masz czasu sprawdzać, co czujesz. Spychasz emocje, zamykasz gdzieś głębiej. Wypuszczasz je dopiero po walce. Ale nie ma co udawać, wojna jest traumatycznym doświadczeniem, wiele rzeczy, które zobaczyłem w dolinie Korengal, ciągle tkwi we mnie. Przecież byliśmy tam z ludźmi, którzy zabijali i którzy ginęli.

Pokazaliście w filmie wszystko czy działała jakaś autocenzura?

– Chcieliśmy, żeby „Wojna Restrepo” była szczerym zapisem naszych doświadczeń. Tą zasadą kierowaliśmy się przy montażu. Dlatego w filmie widzisz od środka samochód eksplodujący na minie, zabitego przed chwilą amerykańskiego żołnierza, histeryczne reakcje jego kolegów, ranne afgańskie dzieci, zabitych wieśniaków. Ale nie pokazaliśmy zbliżeń, detali.

Dlaczego?

– A co ci da widok mózgu wypływającego z rozbitej czaszki, albo ran na ciele pięciolatka? Sfilmowałem to, ale uznałem, że nie potrzebujemy koszmarnych obrazów wojny w zbliżeniu. Lepiej oglądać śmierć z dystansu. To wymusza zaangażowanie. Szokujące zbliżenie odrzuca. A nam zależało, żeby jak najwięcej ludzi obejrzało „Wojnę Restrepo”.

Bo…

– Chcieliśmy przekazać jak największej liczbie widzów doświadczenie walczącego żołnierza, przenieść ich na półtorej godziny w tamten świat, żeby poczuli, jakby sami byli członkami plutonu walczącego w dolinie Korengal. Myśleliśmy o iluzji, takiej jak w hollywoodzkim filmie, gdzie widz staje się nagle uczestnikiem napadu na bank albo wypadku samochodowego.

Dziwne – dokumentalista tworzy swój film jak fabułę.

– To niezbędne. Sebastian Junger wymyślił, że będziemy towarzyszyli jednemu plutonowi w czasie całej jego służby. Więc najpierw pojechaliśmy do Włoch – tam, gdzie żołnierze stacjonowali przed Afganistanem. Było ich 35. Z jednej strony chcieliśmy sportretować cały pluton, ale z drugiej musieliśmy myśleć o tej grupie jak o obsadzie filmu. Zaczęliśmy swoisty casting: szukaliśmy „głównych bohaterów”, którzy reprezentowaliby różne typy żołnierzy, a nie mieli problemów z oswojeniem z kamerą. Ten wybór od razu ustawił dalszą pracę.

Podobnie jak decyzja, by kamera ani na moment nie wymknęła się z doliny. Nie mieliście pokusy, żeby poszerzyć perspektywę?

– Jeśli chcesz zabrać widza w taką podróż, nie możesz zacząć odpytywać polityków. Widz zaraz to wyłapie: OK, rozumiem, to tylko film dokumentalny, coś pokazuje, coś komentuje, mnie tam nie ma. A my – powtórzę – chcieliśmy iluzji, budowaliśmy emocjonalną, a nie intelektualną narrację.
Zwróć uwagę, w jak niewielkim stopniu sami żołnierze, ich rodziny uczestniczą w debacie na temat wojny. Zagarnęli ją politycy, wojskowi i media.
Wielu ludzi nie rozumie wojny, ma błędne o niej pojęcie. Ogarniają ją intelektualnie, wydaje im się, że rozumieją, o co w niej chodzi. Ale wojna to przede wszystkim przeżycie. Chcieliśmy otworzyć widza na ten rodzaj doświadczenia. Chodzi mi również o rodziny samych żołnierzy.

One też nie rozumieją?

– Wielu żołnierzy wracających z wojny czuje, że ich doświadczenie jest niezrozumiałe dla innych. Zamykają się. Więc kiedy pierwszy raz pokazaliśmy wstępnie zmontowaną wersję bohaterom filmu w obecności ich żon i dziewczyn, to przede wszystkim one były poruszone. Bo milczenie żołnierzy powracających z wojny jest dla nich bardzo trudne. To zapowiedź kolejnej wojny: o uratowanie związku. Wiesz, co żołnierze mówią swoim partnerkom po powrocie do domu? To śmieszne albo straszne, ale ci młodzi ludzie mówią, że tęsknią. A ich żony i dziewczyny pytają – jak to? Dlaczego ktoś, kto właśnie przeżył najbardziej traumatyczne doświadczenie swego życia, mówi, że brakuje mu wojny?

Jeden z żołnierzy, z którymi rozmawiacie już po powrocie, opowiada o okolicznościach śmierci kolegi i ciągle się uśmiecha, jakby miał maskę jokera przyklejoną do twarzy. Wiesz dlaczego?

– Nie wiem, nie pytałem. Ale jak myślisz? Skoro twój najbliższy przyjaciel został zabity, w nocy nawiedzają cię koszmary, a ty mimo to się uśmiechasz, musi być to jakiegoś rodzaju mechanizm obronny. Nie chcę ani politykować, ani psychologizować, ale kiedy spotkaliśmy żołnierzy z Battle Company kilka miesięcy po ich powrocie z Afganistanu, byli to zupełnie inni ludzie. Ktoś napisał, że syndrom stresu bojowego nie dotyczy pokolenia Xboxa (platforma do gier). To bzdura. Polska też ma w Afganistanie swoich żołnierzy, prawda? Płacimy żołnierzom za ich pracę i to, co się z nimi dzieje, kiedy wracają do domu – nawet fizycznie cali – to wciąż nasza wspólna odpowiedzialność. Jeśli nasz film miał jakiś cel, to zwrócenie uwagi właśnie na to. Jeśli nasz film miał jakiś cel, to zwrócenie uwagi na to, że jesteśmy odpowiedzialni jako społeczeństwo za ich powrót. A żeby ten powrót nastąpił, trzeba, żeby ich doświadczenie, pełne niedostępnych dla nas sprzeczności, zostało zrozumiane. Musimy wiedzieć, o czym rozmawiamy.

Społeczeństwo ma z weteranami ten sam problem co rodzina?

– Właśnie. Dlatego myślę, że nasz film był dla rodzin żołnierzy dziurką od klucza, przez którą mogły zobaczyć wojenną rzeczywistość. W tym sensie był dla nich pożyteczny i pomocny. Stworzył wspólny grunt, można było zacząć rozmawiać. Jedna z żon bohaterów filmu powiedziała, że gdyby przed wyjazdem męża na wojnę przeczytała książkę Sebastiana albo zobaczyła nasz wspólny film, nie byłaby teraz rozwódką. Ale to nie dotyczy tylko żołnierzy z Afganistanu. Pokazywałem niedawno „Wojnę Restrepo” w Teksasie. Po seansie podszedł do mnie weteran w Wietnamu. Chciał mi dać swój medal. Nalegał, ja odmawiałem, przecież nie mogłem go przyjąć. W końcu powiedział: dziękuję, że opowiedziałeś naszą historię.

Czy ta historia spodobała się amerykańskim wojskowym?

– Nie bardzo mi się podoba twoja sugestia, że oni próbowali nas kontrolować. Nie próbowali. Poza tym dolina Korengal naprawdę była daleko poza zasięgiem biur prasowych armii w Dżalalabadzie czy Bagram. Ale nawet kiedy tam w końcu trafialiśmy, nie proszono nas, żebyśmy pokazywali nagrany materiał, nikt z tamtej strony nie chciał brać udziału w montażu. Pokazaliśmy wojskowym bardzo wstępną wersję filmu, ale oni sprawdzali ją tylko z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego. Co sprowadzało się do tego, czy nie sfilmowaliśmy z powietrza obiektów wojskowych. Tego nie wolno nam było zrobić, ale nawet nie zamierzaliśmy.

Myślisz, że dziesięć lat temu można by było zrobić taki film? Myślę o nowym sprzęcie i jego możliwościach.

– Pewnie nie, ale jeśli myślisz, że mieliśmy luksusową robotę, to grubo się mylisz. Filmowaliśmy w ekstremalnych warunkach, a do tego byliśmy nie mniej obciążeni niż żołnierze z pełnym wyposażeniem. Musieliśmy sami dźwigać wodę, prowiant, a do tego kamery. Na posterunku Restrepo nie było elektryczności, nawet kibli, tylko rury w ziemi, więc dźwigaliśmy ze sobą baterie – w dół, do głównej bazy w dolinie, gdzie je ładowaliśmy, i z powrotem. A jak musisz dźwigać, to nie bierzesz ciężkiego sprzętu, żadnych statywów, nic z tych rzeczy. Zrobiliśmy film tym, co byliśmy w stanie unieść na grzbiecie. Poza tym, wybierając sprzęt, myśleliśmy i o tym, żeby nie trzeba było obrabiać banku, jak stary diabli wezmą i trzeba będzie kupić nowy. Choć oczywiście bez współczesnych kamer nie dałoby się podejść tak blisko…

Z aparatem fotograficznym się dawało. Weź Capę i jego następców. Jako laureat World Press Photo za najlepsze zdjęcie 2007 roku powinieneś coś o tym wiedzieć.

– Ale dla mnie już w połowie lat 90. było jasne, że przyszłość fotografii związana jest z nowymi mediami. Ale wtedy papierowe media były kompletnie odseparowane, choćby od telewizji. Dziennikarze telewizyjni od reporterów i fotoreporterów. A sieć w ogóle była w powijakach. Ale ja i tak karierę rozwijałem dwutorowo – robiąc zdjęcia i filmy dokumentalne. Jednocześnie myślałem, jak połączyć te dwa obszary. Dopiero od niedawna istnieją ku temu techniczne możliwości. Granice między fotoreporterem i filmowcem zacierają się.

Więc najpierw World Press Photo, a teraz być może Oscar. Symboliczne przejście. Cieszysz się?

– Pewnie, że się cieszę. Ale najważniejsze, że dzięki nominacji więcej ludzi obejrzy nasz film. Więcej ludzi dowie się też, kim był Juan Restrepo.

Kim był?

– Sanitariuszem z kolumbijskimi korzeniami, który jako dziecko trafił do Stanów, zdobył obywatelstwo i zginął w Afganistanie. Daje to do myślenia politykom zajmującym się prawem imigranckim, prawda? Żołnierze z Battle Company nazwali jego imieniem posterunek w górach, który zbudowali własnymi rękami. Ale dla nas Restrepo to także metafora, symbol straty, która jest w samym centrum doświadczenia każdego żołnierza.

Powiązane newsy

  • Czy tak będzie wyglądać przyszłość nurkowania?Czy tak będzie wyglądać przyszłość nurkowania? Od lat nurkowie czekają na jakiś przełom i być może wkrótce on nastąpi, a to wszystko za sprawą pomysłu Adama Wendela. Zaprojektował on futurystyczny hełm nurkowy - jest to zupełnie samodzielne urządzenie pozwalające na przebywanie pod wodą do 8 godzin. W całości zrobiony jest ze specjalnego rodzaju szkła […]
  • Mamy dla Was kolejne ciekawe wydarzenieMamy dla Was kolejne ciekawe wydarzenie W dniach 26-28 lutego 2010 r. w minimum 15 miastach Polski, odbędzie się Przegląd filmów freeride'owych. W jego ramach zaprezentujemy wiele ciekawych i bardzo interesujących produkcji. Będą to na pewno między innymi: - laureaci Festiwalu IF3 2009 - film Łukasza Gabriela THE WHITE HOUSE Grand Prix na 7 […]
  • 7 Krakowski Festiwal Górski – relacja7 Krakowski Festiwal Górski – relacja Narty, a dokładnie freeride mocno i z sukcesem zaistniał na minionym, siódmym Krakowskim Festiwalu Górskim. Jest on największym polskim festiwalem górskim, a zarazem jednym z największych na świecie. Cieszy się ogromną popularnością i co ważne, zdobywa coraz więcej "wyznawców". W tym roku obiekty Uniwersytetu […]
  • The White House – zwiastunThe White House – zwiastun Od dzisiaj macie niepowtarzalną okazję obejrzeć zwiastun filmu "The White House" produkcji Łukasza Gabryelskiego. Film ten zdobył Grand Prix 2009 podczas 7. Krakowskiego Festiwalu Górskiego. Ten zwiastun to przedsmak tego, co czeka Was na 1. Przeglądzie Filmów Freeride'owych.
  • Mi Chacra zwycięzcą tegorocznego festiwalu górskiego BANFFMi Chacra zwycięzcą tegorocznego festiwalu górskiego BANFF Grand Prix największego filmowego festiwalu górskiego na świecie przypadło w tym roku Jasonowi Burlage za film Mi Chacra, czyli Moja ziemia, portrecie młodego Peruwiańczyka, którego rok życia dzielony jest między prace polowe na farmie i pomoc turystom w drodze na Machu Picchu. Wyróżnieni zostali ponadto Felt […]
  • Team 360 Stopni naprze na Mini BWCTeam 360 Stopni naprze na Mini BWC Z samiuśkiej Warszawy do Rabki wybiera się Igor Błachut. Z Mielca pagóry podtaterskie zaatakuje Państwo Flekmusostwo, czyli Magda Łączak i Paweł Dybek. Najbliżej ze Śląska będzie miał Irek Waluga. Mini Bergson Winter Challenge 2009 - to tradycyjny przedbieg/przedrower/przedbiegówkowanie przed właściwym zimowym […]

Dodaj komentarz