> Nocny Krzemień okiem greenhorna czyli chłopaki nie płaczą

Listopad’2006

Kasia, która dotychczas startowała w rajdzie raz (Bielik 3 lata temu, nie dotarliśmy do mety) poważyła się na start w harcerskim nocnym rajdzie w Poznaniu. Poniżej impresje z tej wycieczki; kursywą zaznaczono wyjaśnienia naocznego świadka…
Chłopaki nie płaczą – ja tak (ale dopiero na ostatnich metrach:))

Po babsku z bólu i niemocy łzę uroniłam, a co…chłopcy też pewnie mieli powody do płaczu, ale zupełnie inne, niż ja. Przede wszystkim nuda, jaką im zafundowałam – na odcinku pieszym. Tempo, które byłam w stanie utrzymać (i to nie sama, ale z duża pomocą mojego superholownika) musiało być dla chłopców totalnie nużące. Sorry, chłopaki, robiłam, co mogłam.
Wprawdzie przed rajdem zapewniali, że mają duży luz na to, co się wydarzy, ale widziałam, jak w miarę rozwoju trasy i czasem niezłego tempa (szczególnie na rowerach) zaczynały świecić im się oczy i budził się w nich duch rywalizacji. We mnie zresztą, ku mojemu zdumieniu, również (z tym świeceniem, to bez napinki.Po prostu fajnie się jechało i tyle)
Po trudnym początku (trudnym, bo biegowym, a na bieganie, jak wtajemniczeni wiedzą, mam potężną alergię, objawiającą się niepokojącym charczeniem) dosiedliśmy naszych rumaków na dwóch kółkach i pomknęliśmy. Od tego momentu zaczęło mi się bardzo podobać. Wprawdzie nie byłam pewna, czy możemy bezkarnie łamać przepisy na ruchliwych ulicach Poznania, ale Bonczek skutecznie rozpuszczał moje wątpliwości. W momentach, gdy grzecznie chciałam sygnalizować rączką, w którą stronę skręcam, czy też zatrzymywać się na czerwonym świetle, darł mi się do ucha: „Dajesz, Kaśka!. Dajesz, nie oglądasz się” itp. (Zuch Bonczek!)
Potem zaczęliśmy eksplorować podpoznańskie lasy, gdzie z początku trochę zakopaliśmy się, bo Igorek twierdził, że mapa coś nie tego. Zdawało mi się, że jest trochę na siebie zły, bo nie możemy szybko dojechać do pierwszego zadania specjalnego. (Eufemizmy, panie dzieju. Popłynęliśmy na dobre 40 minut. Usprawiedliwienia: na mapie w skali około 1:100 000 walenie obowiązkowego przebiegu mazakiem o grubości 3 milimetrów to drobna przesada; mało widać, w sensie. Ale i tak dałem ciała). Ja postanowiłam się niczym nie denerwować, bo jako nowicjuszka nie miałam ambicji stanąć na podium. Celem było po prostu ukończyć ten rajd w atmosferze ciekawej, radosnej przygody. A przygód trochę było.
Na początku rowerów, gdy pragnienie zaczęło dawać o sobie znać, okazało się, że nawet nie potrafię pić z camela (wstydziłam się przyznać). Okazało się, że po prostu włożyłam go do plecaczka odwrotną stroną (chodzi o to, że camel był ułożony rurką do góry, zamiast na dół). Tak, że jak to skomentował Igor: „nawet enerdowska pływaczka miałaby problem, jak z tej rury pociągnąć”. Dostęp do rury został przywrócony, pragnienie zaspokojone, pomknęliśmy dalej.
W pewnym momencie, gdy sunęliśmy po asfalcie, Igor nieoczekiwanie skręcił (do ścianki wspinaczkowej, ZS). Mocno mnie tym zaskoczył i to był pierwszy raz tej nocy, kiedy uczyłam się na rowerze nie tylko jeździć, ale i latać. Całkiem przyjemne :). Tylko Bonczek i Koparka musieli tuż za mną sprawnie manewrować, by nie zrobił się rowerowy karambol.
Na szczęście okazało się, że nie wiadomo skąd, całkiem nieźle umiem spadać, krzyknęłam więc do zaniepokojonego Bonczka, że „wszystko w porzo” i zaparkowałam pod ścianą wspinaczkową. Obejrzałam straty: zbite kolano, zbita dłoń. Nic wielkiego (no, ale mróz po jajkach poszedł…).
Po ściance Koparka rzucił dość lakonicznie: „Trzeba nadrobić. Wpinamy hol”. Chciałam zaprotestować, ale nie zdążyłam, bo już mknęliśmy. Całkiem przyjemny ten hol. Mój etatowy superholownik nie dawał mi się za bardzo zmęczyć. I tak to się dalej toczyło: Igorek ciągnął mnie, jadąc na kole Bonczkowi czy Koparce, którzy zmieniali się na prowadzeniu, by dać sobie odpocząć. Całkiem zgrany team. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to była moja najfantastyczniejsza wycieczka rowerowa w życiu. Dzięki, chłopaki. Nie zmieni tego nawet wspomnienie drugiej próby rowerowego lotu; nagle zza zakrętu naprzeciwko oślepił nas samochód, brzeg asfaltu był ścięty i oślepiona wpadłam w to asfaltowe urwisko. Nie zdążyłam wypiąć się z holu i znów – podobno efektownym lotem (o szczegóły trzeba pytać Koparki) – wylądowałam na asfalcie, z którego szybko uciekałam, bo pędził na nas samochód. I tym razem lot skończył się całkiem niegroźnie: zbite drugie kolano i ta sama dłoń.
Gorzej było z rowerem, w którym zablokowało się przednie koło. Igorek usunął usterkę kilkoma kopnięciami. (eee, to już czarny PR. Ruszył rower? Ruszył. To zamknijmy temat, tym bardziej, że na myśl o tym upadku dalej ciary biegają po plecach). Za paręset metrów przesiedliśmy się na kajaczki.
Miła odmiana; zdaje się, że bez specjalnych starań sprawnie nam poszło. I czas było wrócić na wiełasipiedy. Tu pojawił się mały problem w postaci wielkich skurczy, które dopadły (drugi już zresztą raz) moje uda. Poprzednim razem pomógł masaż zrobiony przez Bonczka na poboczu; tym razem chwilę porozciągałam mięśnie i postanowiłam, że trudno: albo rozgrzeję się na rowerze, albo trzeba będzie powiedzieć – basta. Udało się: tym razem bez holu, mknęliśmy znowu, bajeczną ścieżką nad Rusałką. Potem znowu asfalt, bunkry, asfalt i na horyzoncie zaczął majaczyć Poznań. Umawialiśmy się z chłopakami przed rajdem, że „po” (oczywiście w nagrodę) idziemy na piwo. Zapytałam więc Bonczka, który był blisko (od czasu do czasu pchając mnie za camela dla wyrównania tempa drużyny) – „kiedy to piwo?”. Odpowiedział, że niedługo, za paręnaście kilometrów. Pędziłam więc radośnie ku tej wizji i naprawdę, gdy wpadliśmy na teren szkoły, myślałam, że to finisz. Nieźle zrzedła mi mina, gdy zobaczyłam chłopców odstawiających rowery i zabierających się do marszu. „Tylko mi *&^%$ nie mówcie, że musimy jeszcze gdzieś pobiec”. Chłopcy spojrzeli po sobie, nic nie odpowiadając. Myślę, że dałam się wpiąć w hol tylko dlatego, że nie wiedziałam, co mnie jeszcze czeka. Cóż, po Poznaniu pieszych wycieczek urządzać już nie będę, mam wrażenie, że przeszliśmy to miasto wzdłuż i wszerz parę razy. Ja, jak to ledwie przytomne cielę, na powrózku. W ogóle, jeśli chodzi o powrózki, liny itp., to mam mieszane uczucia. Coś już wspominałam że chłopcy mieli inne powody do płaczu, niż ja? Podobno mieli również powód, by popłakać się ze śmiechu (nie mam wam tego za złe, spoko). A mieli ku temu sposobność, gdy próbowałam wykonać zadanie linowe. Cóż lina była długa, rączki słabe, głos mój tubalny a przekleństwa siarczyste (tak było?) (w rzeczy samej). Oj, sił mi tam reszty ubyło i „po” mój kochany holownik miał naprawdę niezłą kłodę do ciągnięcia. Do tego stopy odmawiały mi posłuszeństwa. Było coraz gorzej. Przed Cytadelą skręciłam kostkę i gdy zobaczyłam, ile schodów musimy tam przejść, pokulały się pierwsze łzy. I tak już do samej mety chlipałam sobie cichutko na końcu sznura ( w kwestii formalnej – nie sznur był to, jeno rozciągliwa guma).
Na szczęście drogę schodami w dół przebyłam na plecach Bonczka. No i – dotarliśmy do mety!. Mimo różnych urazów, zakwasów, nie ma to jak powłóczyć się z trzema supermanami po nocy… Bardzo wielkie dzięki: za przygodę, za troskę i opiekę w trakcie, za holowanie – Igorku. Tak sobie myślę, że jak trzeba będzie konie kraść – to wiem z kim! (do usług..)

autor relacji: Kasia Maternowska ( i Igor)

Powiązane newsy

  • Do wygrania HelikopterDo wygrania Helikopter Helikopter w wersji audiobookowej do wygrania dla autora poprawnej odpowiedzi w następującym quizie. Kiedy zabieraliśmy się do tłumaczenia "Helikoptera w ogniu" dysponowaliśmy inną niż finalna wersją pierwszego rozdziału. Ku naszemu zaskoczeniu Mark Bowden książkę publikował w rozdziałach w prasie - jak przed nim […]
  • Leszek Cichy poleca ZaginionegoLeszek Cichy poleca Zaginionego Premiera "Zaginionego" już za rogiem, pierwsze egzemplarze powinny trafić do nas 9 listopada i chcieliśmy podzielić się z wami wypieszczoną przedmową Leszka Cichego do polskiego wydania. Proces powstania tekstu był długi, nadzór autorski skrupulatny, ale fajnie wyszło. Naprawdę. – „Panie Mallory, dlaczego chce pan […]
  • Warszawskie ścieżki roweroweWarszawskie ścieżki rowerowe W poniedziałek 26 stycznia zawitam ja do Radia PIN w innym niż normalnie charakterze. Otóż wezmę ja udział w dyskusji nt. ścieżek rowerowych w Stolicy naszej kochanej. Do odsłuchania o godz. 0740. W przeddzień audycji wybrałem się ja na objazd po Warszawie, wziąłem swoją zorkie i se trochę pofotografowałem […]
  • Chirurdzy amatorzy ze wschoduChirurdzy amatorzy ze wschodu maj'2008 Zamberlan Adventure Trophy To ja tak tylko dla formalności post factum dodam, iż dwóch panów I-bojs, czyli Igor Błachut i Irek Waluga zwyciężyli w zawodach Zamberland Adventure Trophy w Wiśle. Reszta stoi jak stała. Znaczy w tekście poniższym stoi…Czytałem tekst kiedyś o gościu, którego znaleziono […]
  • Dokument o legendzie bmxDokument o legendzie bmx W roku 1985 13-letni wówczas Mat Hoffman zaistniał jako amator na scenie bmxowej. W wieku 16 lat był już prawdziwym profesjonalistą, którym pozostaje niewątpliwie do dziś. Przez cały ten czas Hoffman nie zważając na jakiekolwiek ograniczenia w najróżniejszy sposób łamał prawa grawitacji wprawiając przy tym wszystkich […]
  • Czarna Maska powraca!Czarna Maska powraca! Pamiętacie Czarną Maskę z kursów nurkowania technicznego? Nie? Krótkie przypomnienie. Zakładacie swój zwykły, ważący 60 kilo kombinezon roboczy z flaszkami, ale zamiast ukochanych podwodnych rajbanów uczynna ręka podaje wam maskę dokładnie zaklejoną czarną taśmą. Co więcej jej spasowanie z twarzą zawsze powoduje […]

Dodaj komentarz