> Bieszczadzka ciuchcia

Bieszczadzka ciuchcia

luty 2008

Nie rajd, jeno wyprawa. Ale turystyka zdecydowanie nie orbisowska…

„…stara i śmieszna troszkę…” – piosenkę o bieszczadzkiej ciuchci znają pewnie wszyscy, którzy mają za sobą przeszłość harcersko-turystyczną. Tym, którzy utworu owego nie pomną, streszczę pokrótce – podmiot liryczny z niejakim sentymentem opisuje historię i teraźniejszość tego środka lokomocji, podkreślając przy tym walory przyrodniczo-obyczajowe wokół. W nieunikniony sposób piosenka ta przypałętała mi się gdzieś i towarzyszyła z tyłu głowy przez cały, krótki niestety, pobyt w zimowym Bieszczadzie.

Z tą zimą to był dość spory stres, bo jeszcze w okolicach Krosna to śniegu było tyle, co w umiarkowanie zapuszczonej lodówce. A tu biegówki telepały się po samochodzie, bo plan zakładał wycieczkę narciarską właśnie. Na szczęście śniegu przybywało szybko – na tyle, że w pewnym momencie letnie opony już nie wydawały… No, ale mniejsza.

Wycieczka startowała w Nowym Łupkowie. To taka miejscowość niedaleko Komańczy, słynna między innymi zakładem karnym. Poza tym, tam właśnie zaczyna (kończy?) się linia bieszczadzkiej kolejki, budowanej zresztą jeszcze pod koniec XIX wieku. Tradycje penitencjarne Łupków też ma całkiem bogate; jedyne w swoim rodzaju schronisko też mieści się w budynku, który kiedyś zajmowali strażnicy więzienni. Nieopodal stała druga chata, w której dla odmiany nocowali więźniowie, ale spłonęła. Ponoć dlatego, że do jej zbudowania użyto desek z rozebranej cerkiewki…

Ci więźniowie teoretycznie mogli więc nocą dać nogę z chaty, ale a) nie bardzo było gdzie b) wilcy, niedźwiedzi c) pogranicznicy bez poczucia humoru i z bronią ostrą. No, ale teraz więzienie jest bliżej cywilizacji (znaczy – Łupkowa), zaś schronisko nie bez powodu nosi nazwę „Na końcu świata”. Wokół zapuszczone trochę pola, lasy, Słowacja o rzut kamieniem. Nie ma prądu i bieżącej wody, za to jest gospodarzący tam od trzech zim Adam.

Z Adamem można spożywszy co nieco, pogadując przy tym na ciekawe tematy. Ponadto, gdyby kogo przypiliło, może zawrzeć związek małżeński – honorowany na terenie całego Bieszczadu. Gospodarz schroniska udziela tego lokalnego sakramentu pod ikoną najważniejszego świętego Łemków – czyli Mikołaja.

Z Łupkowa kolejka – a my za nią – gna na wschód. Warunki nadal były zimowe, nawet bardzo – bo wiało dość arktycznie. Bardzo przyjemnie było w związku w tym w lesie, którym biegł eks-odcinek kolejki; torów dawno już nie ma, zostały za to nasypy i mostki. To było jakieś boczne odgałęzienie, które teraz może służyć z powodzeniem narciarzom i latem – rowersom.  Owo odgałęzienie zbiega się potem z torami jak najbardziej czynnymi w okresie letnim oraz – okresowo – zimowym. Przy czym zimą nie kursują po nich pociągi, tylko narciarze. W ostatnim biegu „Od Niedźwiedzia aż do Kija” ścigała się z górą setka ludzi. Meta była zlokalizowana w Woli Michowej w ośrodku „Latarnia Wagabudny”. Jak się zapewne domyślacie, kiedyś było tam… no, co takiego? Więzienie, oczywiście.

Z Woli Michowej kolejka zakręca  w góry, czyli coś jakby na południe. Tam już w ogóle nie ma żadnych zabudowań – przynajmniej od powojnia; przedtem były to okolice bardzo ludne. Teraz raczej pusto, nie licząc Balnicy. Brzmi jak nazwa miejscowości, ale w gruncie rzeczy to jest tam jeden stały mieszkaniec (tzn. człowiek) oraz nieco zwierzyny udomowionej w różnym stopniu. Wojtek jest posiadaczem kilku koni, kota oraz psa. A właściwie nie psa, tylko suki i nie do końca psiej, bo w połowie wilczycy. Luna jest owocem namiętności błakającego się w okolicy basiora i regularnej psicy; swoim zachowaniem potwierdza zaś tezy o krwiożerczej naturze wilków, która musi wyleźć któregoś dnia. Otóż jeśli wyciągnie się w jej stronę rękę, by pogłaskać, Luna natychmiast kładzie się na wznak i nie znosząc sprzeciwu domaga łaskotania po brzuchu. Bestia.

W Balnicy jest prąd i nawet woda, choć ogrzewać nadal trzeba samemu. W dodatku zrobiło się mokro, więc następny odcinek byłby nad wyraz ponury, gdyby nie starożytny wynalazek wkładki, dającej zwykłej herbacie moc i aromat olimpijskiej ambrozji. W dodatku potem droga (już nie torami, tylko taka zwykła, przez las) poszła w górę, zaczął walić śnieg i od razu zrobiło się przyjemnie.

Jak się wlezie na górę, to potem trzeba zjechać. Na przykład do schroniska; tym razem były to Roztoki i to już zupełnie co innego, niż Łupków czy Balnica. Wszystkie wygody świata, do tego bar i telewizor – aż obrzydzenie bierze. Ponadto pamiątkowa tabliczka po papieżu, który wtedy (1957 rok) był jeszcze zwykłym ks. Karolem Wojtyłą i odprawił nieopodal nabożeństwo podczas jednej ze swoich wycieczek w góry. Niedaleko schroniska stoi zresztą kapliczka, która jest interesująca nie tylko jako obiekt sakralny. Otóż w jej okolicy najwięksi herosi azymutu robia się bezradni, bowiem panuje tam tzw. cisza magnetyczna. Pewnie przyczyną jest złoty koń zakopany gdzieś pod drzewem na górce.

Z Roztok można pójść w stronę granicy – ale w dobie eurosocjalistycznej wspólnoty przemnożonej przez Schengen to już nie taka atrakcja. Można też  w dół – czyli do tzw. cywilizacji, symbolizowanej przez Cisną. To opcja pod tytułem: „czasem trzeba wrócić do roboty”. Po drodze można sobie obejrzeć, jak czartom podobni wypalacze produkują węgiel drzewny.

(Dla jasności – na tym zdjęciu nie ma wspomnianych wypalaczy, jeno osoby podziwiające ich pracę w słoneczny niedzielny poranek).

Uważny obejrzyciel zauważy zapewne, że najmłodszy uczestnik ekskursji usadowiony jest w przenośnym wynalazku. Owo nosidełko, praktyczne nad wyraz, to produkt wspierającej nas nieustannie firmy Deuter. Test wypadł udanie, więc – nie wazelinując nawet za bardzo – mogę polecić ewentualnym naśladowcom.

Wracając do zmierzającej do mety wycieczki, można było jeszcze obejrzeć sobie z bliska taDzika.

Nawet kilka; nie wiem, czy ta hodowla przyzagrodowa docelowo służyć ma produkcji mięs, czy tylko stanowić atrakcję dla zoonegrofilów (czyli miłośników zwierzyny czarnej). W każdym razie – wkrótce potem pojawiła się meta wyścigu, czyli Cisna. Szkoda nieco. Ciuchcia – pokryta patyną czasu – ma się nad wyraz dobrze. Bieszczady też.

P.S.
Chciałbym w imieniu swoim oraz rodziny podziękować Ani, Magdzie i Tomkowi za inspirację, zaproszenie oraz luksusowe towarzystwo na trasie wycieczki.

autor relacji: Igor Błachut

Powiązane newsy

  • Traktat o aklimatyzacjiTraktat o aklimatyzacji Odpoczynek jest równie istotny jak trening. Taka to stara sportowa prawda. Podobnie jest w górach wysokich. Tam również trzeba odpoczywać, umiejętnie przygotować się do pracy na wysokości 6-8 km n.p.m. O tym właśnie pisze Kinga... 28 kwietnia Schodzimy rano do bazy. Ta noc jest stanowczo lepsza niż poprzednia. […]
  • Pierwszy w kosmosie!Pierwszy w kosmosie! ...a przynajmniej w wyścigach rakietowych. Flekmus, bo on ci to, nie dał sobie odebrać przewagi wywalczonej dzień wcześniej i wygrał zawody rozgrywane w masywie Pilska. Duma nasza mielecka powiększyła nieznacznie czasową wyrwę, dzielącą ją od pozostałych zawodników. Kolejne miejsca zajęli Piotrek Hercog i Sławek […]
  • Gorące wieści z NepaluGorące wieści z Nepalu A więc słowo ciałem się stało. Kinga B. w Kathmandu. My przed kompami... Taka to zabawa. Jakby ktoś coś robił fajnego, dawajcie znać koniecznie. Tymczasem pure czy fryty, bo mam niusa? "04.04.2009 W Kathmandu. To już moja piąta wizyta w tym mieście. Jadąc z lotniska przez znajome uliczki, pomyślałam sobie, […]
  • Kierat w oczach Flekmusa (kaktusa)Kierat w oczach Flekmusa (kaktusa) czerwiec'2008 Od Kieratu minęło już trochę czasu i niektórzy zdążyli w tym czasie zmęczyć przeokrutnie po kilkakroć. Jednak w oczekiwaniu na Rajd Adventura, zapodajemy lekturę przyjemną wielce. Otóż Paweł Dybek, zwycięzca kieratowego wycisku, opisał sprawnie co i jak. Padały pytania o przygotowania i takie tam… A […]
  • Kolos dla Artura KozłowskiegoKolos dla Artura Kozłowskiego W chwili pisania tego njusa, nie ma jeszcze oficjalnego potwierdzenia, ale mieliśmy trzymać tę wiadomość dla siebie do 16.00. Jest już po, więc Artur Kozłowski otrzymał Kolosa w kategorii Eksploracja jaskiń. Kolos więcej niż zasłużony, kariera niesamowita. Artur jest naszym autorem, gdyż dzięki jego pracy i […]
  • Chirurdzy amatorzy ze wschoduChirurdzy amatorzy ze wschodu maj'2008 Zamberlan Adventure Trophy To ja tak tylko dla formalności post factum dodam, iż dwóch panów I-bojs, czyli Igor Błachut i Irek Waluga zwyciężyli w zawodach Zamberland Adventure Trophy w Wiśle. Reszta stoi jak stała. Znaczy w tekście poniższym stoi…Czytałem tekst kiedyś o gościu, którego znaleziono […]

Dodaj komentarz